środa, 1 stycznia 2020

Szalony Szlachcic Rozdział 1 Kim jesteś? Kim ja jestem?

- Twoja reszta, proszę bardzo. – odezwał się starzec podając srebrne monety mężczyźnie naprzeciwko. – Ostatnio nie widuje Cię tu często, może raz na miesiąc. Cały czas siedzisz sam, tak nie powinno być Aaronie –  ciągnął spokojnie układając warzywa na swoim stoisku.
 - Po prostu mieszkam sam. – odezwał się mężczyzna. Jego głos był niski i nieco zachrypiały, twarz zasłaniał kaptur oraz maska lekarza epidemii, był dość wysoki, ale nico się garbił. U pasa po lewej miał przymocowane fiolki z niezidentyfikowanymi substancjami, natomiast po prawej saszetkę w której najprawdopodobniej były Golie którymi zapłacił za jedzenie, zaś zaraz obok znajdowała się pochwa ze sztyletem.
- Słyszę to za każdym razem kiedy tu jesteś. – staruszek westchnął - Wszystkiego starcza na długo bo jesteś samotnikiem. Jednak polecałbym znaleźć przynajmniej jakąś dziewkę, życie samemu może cię kiedyś przytłoczyć. – uśmiechnął się w stronę mężczyzny, jednak ten tylko chłodnym tonem odpowiedział.
- Niczym matka, jesteś. Doprawdy. – starzec się zaśmiał i odgonił go ręką.
- I będę taki póki żyje, nie mogę na ciebie patrzeć, marnujesz się! – pokiwał staruszek groźnie palcem. – Dobra idź już, straszysz mi klientów, nie chce byś został jedynym co kupuje u mnie towar, odpychająca wizja! – Zaśmiał się głośno. Mężczyzna się obrócił, pomachał ręką i odszedł.

Szedł ścieżką stabilnym krokiem, w koło tętniło życie, szarzy ludzie żyli swoim tempem nie martwiąc się o nic. W stronę straganu warzywnego tamtego starca szła kobieta z trojgiem dziećmi, a w niewielkiej odległości za nią młody mężczyzna prowadził bawoła z wiadrami wody na grzbiecie. Okapturzonego mężczyznę mijali różni ludzie, niektórzy zerkali na niego i szeptali, innych zaś nie obchodził i zajmowali się swoimi sprawami.
Wieś ta była zupełnym przeciwieństwem stolicy Królestwa Północnego, tutaj nikt się nie śpieszył, mimo widocznej biedy i gorszych warunków życia, wieśniacy brali z życia garściami, szczególnie dzieci. Pod niektórymi domami dało się zauważyć zagłębionych w lekturze dziewczynki lub chłopców, gdzie indziej trochę starsi urządzali pojedynki na miecze, widać było że pragnęli zostać żołnierzami, na nich zaś wzdychały dziewczęta siedzące na trawie, otoczone przyborami do  szycia. Temu wszystkiemu sprzyjał lekki wiosenny wiatr i delikatne promienie słońca.
         Mężczyzna obserwował bacznie otoczenie, jednak nie wykonywał żadnych gwałtownych ruchów by nie straszyć bardziej ludzi wokół. Gdy wychodził już z terenu wioski był zachód słońca, idąc w stronę lasu oddalonego o jakiś kilometr zauważył grupkę dzieciaków nieopodal, chłopcy byli zebrani w krąg i coś wykrzykiwali, zaś obok dwie dziewczynki płakały z przerażenia, przyjrzał się dokładnie w czym rzecz i zauważył, że na ziemi w środku kręgu leżał skulony chłopczyk zakrywając jak tylko może delikatne części ciała kiedy jego prześladowcy okładali go kijami lub kopali. Mężczyzna nie pomyślał nawet o zatrzymaniu się, nie miał zamiaru mieszać się w szczeniackie spory. W pewnym momencie bity chłopiec próbował wstać, jednak jego oprawcy go zepchnęli z powrotem do parteru, podczas upadku, zauważył Aarona, na oczy zaczęły cisnąć mu się łzy, nikt mu nie chciał pomóc, nikogo nie interesował.
 - Ej, zaczął ryczeć. – zwrócił uwagę eden z opryszków. – Przesadziliśmy?
 - Co ty gadasz?! To po prostu zwykły słabeusz, to oczywiste, że zaczął ryczeć! – krzyknął drugi chłopiec. – Żałosne, spadamy stąd, nie będziemy tracić czasu na jakiegoś mięczaka bez jaj, prawdziwy facet by się postawił. – Większość osób zawtórowało,  najwyższy, widać było że przywódca, zadał brutalny kopniak w głowę swojej ofiary, potem odszedł razem ze swoimi kolegami.         

         W gęstym lesie panował spokój i cisza, było ciemno. Zakapturzony mężczyzna wszystko widział wyraźnie, jego oczy były przyzwyczajone do całkowitej ciemności nocy. Do miasta wychodził tylko gdy miała być pełnia ponieważ lepiej mu się tak wracało, choć zdarzało mu się, że źle obliczył czas i wracał w ciemnościach, tak było też dzisiaj. Doszedł do rozwidlenia drogi, ścieżka szła dalej w prawą i lewą stronę, a pomiędzy nimi stał znak gdzie było zapisane „Zielarz”, znak wskazywał prawą stronę, jednak Aaron poszedł w lewą, jednak zatrzymał się i zawrócił, zauważył ślady stóp, było ich kilka, niestety nie znalazł więcej, więc zignorował je i poszedł dalej, znak wskazujący prawą stronę miał  zmylić nieproszonych gości.
Kto wiedział gdzie ma iść ten wiedział a ten który nie wiedział był łapany w pułapkę, którą Aaron wykopał po prawej stronie ścieżki, miał swoje powody by tak postępować, nie lubił obcych a osoby które chciały skorzystać z jego usług zazwyczaj wysyłały zaufanych mu ludzi którym służył pomocą od wielu lat.
         Po jakimś czasie ścieżka ponownie się rozwidlała, tylko że szerzej. Pomiędzy dwoma drużkami znajdowało się ogromne drzewo porośnięte chwastami i pnączami zdziczałego lasu, mężczyzna podszedł do drzewa i odsłonił zwisające rośliny po czym otworzył tajemnicze drzwi znajdujące się za nimi i wszedł do środka. Była to niewielka, ale schludnie urządzona chatka, światło dawały świece poustawiane w różnych kątach, na ścianach wisiały różne mapy, zapiski oraz opisy różnych roślin, można było też dostrzec za nimi dwa małe okienka które za dnia dawały lekkie prześwity światła, w rogu pokoju znajdował się duży fotel, zarówno pod fotelem leżały książki jak i na wielkim regale za fotelem. Aaron zdjął buty, płaszcz oraz maskę zaraz po wejściu i podszedł do dużego stołu na którym znajdowały się podobne fiolki do tych które nosił ze sobą, kilka książek i listów oraz popielniczka, położył worek z warzywami które kupił w wiosce, przeciągnął się i zapalił w kominku by woda znajdująca się w garze nabrała odpowiedniej temperatury do gotowania obiadu, z płomienia w kominku zapożyczył ognia by zapalić swojego papierosa. Wiedząc, że nie ma raczej nic do zrobienia zanim woda się ugotuje chwycił leżące na stole listy, rozsiadł się wygodnie na fotelu i zaczął je po kolei otwierać.
Widać było lekkie zmęczenie na jego twarzy, pod jego ciemnymi zielonymi oczami były cienie a na twarzy widoczne zmarszczki mimo brody, ciemne brązowe włosy przyozdabiała lekka siwizna, założył okulary leżące na stosie książek obok fotela i spojrzał na koperty, listy prawdopodobnie leżały już dwa tygodnie, bo takie daty były na nich zapisane, sprzed dwóch tygodni.  Były to zlecenia na lekarstwa, prośby o zidentyfikowanie roślin oraz pozdrowienia od byłych towarzyszy z czarno-białymi zdjęciami z dalekich krajów, tylko ludzie z dużych miast mogli sobie pozwolić na takie luksusy, luksusem było zarówno zdjęcie jak i podróż, na wsi rzadko kto widział pociąg lub tramwaj, do uwiecznienia chwili wynajmowało się rysowników, ze względu na czasy ich ceny bardzo poleciały w dół, więc nawet biedna rodzina mogła sobie pozwolić na ich wynajem. Gdy otworzył ostatnią kopertę jego oczom ukazał się list gończy, list gończy niejakiego Szalonego Szlachcica, zbiega księcia Iana który wymordował swoją rodzinę 17 lat temu. Oczy Aarona pochmurniały, podarł list gończy i wyrzucił do śmietnika, chcąc zająć czymś myśli posprzątał stół, rozłożył warzywa i zaczął je przygotowywać do wrzucenia na ogień.
Posypując warzywa ziołami poczuł ogień, nie ten z kominka, większy, poczuł również dym – Obrócił się napięcie by sprawdzić czy coś się nie zapaliło od ognia jednak to nie było to, wyszedł na dwór i zobaczył, że po stronie wioski niebo jest czerwone a zamiast chmur niebo spowija gęsty czarny dym, zdezorientowany sytuacją pobiegł w stronę wioski.
         Wioska stała w płomieniach, a mieszkańcy uciekali z krzykiem i łzami w oczach, Aaron ukrywając się za murkiem otaczającym wioskę obserwował całe wydarzenie, nagle zauważył wcześniej pobitego chłopca który biegł wycieńczony, złapał go szybko na ubranie i wciągnął do swojej kryjówki, po twarzy chłopca spływały łzy.
  - Co się stało?– spytał z szeroko otwartymi oczami trzymając chłopaka za ramiona i próbując wydobyć jakie informacje.
 - B-bandyci, bandyci nas zaatakowali! – młody jeszcze bardziej się rozpłakał, nie umiał się uspokoić, bał się. Aaron przeklął cicho do siebie.
 - Kiedy? Z której strony? – Krzyknął do chłopca.
 - Ze wschodu chyba, nie wiem naprawdę nie wiem! To wszystko stało się tak nagle! Zaatakowali za szybko, jest ich z kilkunastu… – Mężczyzna sobie uświadomił, że wcześniej spotkane ślady w lesie należały dogrupy bandyckiej, zganił siebie za nie domyślenie się. Chłopiec coraz bardziej płakał i krzyczał, Aaron był zmuszony go odurzyć, przez jego płacz mogliby obaj zostać złapani, a właściwie zabici, grupy bandyckie bardziej interesują się kobietami, mężczyzn torturują albo zabijają od razu, jak najboleśniejszą śmiercią, pojedynczo są słabi, ale w grupach lepiej się strzec, tak obrzydliwych i przebiegłych stworzeń ze świecą szukać. Wyciągnął szybkim ruchem fiolkę i przystawił młodemu do nosa jednocześnie zatykając usta.
  - Wąchaj. – powiedział stanowczo lecz uciszonym głosem, jednak chłopiec zaczął się wyrywać. – Jeśli chcesz żyć wąchaj! – chłopiec się wyrwał.
  - Nie! Tam jest moja Siostra i brat, musimy ich uratować! – powiedział zrozpaczonym głosem.
  - Jeśli tam wyjdziemy oboje zginiemy! – Podniósł głos, jednak nikt nie mógł go usłyszeć przez krzyki. Chłopiec patrzył na mężczyznę zapłakanymi oczami. Mężczyzna się ugiął. – Jak wyglądają?
  - Siostra ma długie brązowe włosy, tylko że są spięte, nosi też zieloną sukienkę, a Brat jest młodszy, wygląda jak ja ale mniejszy, ma jeszcze bliznę na twarzy! Na policzku! – Mężczyzna pomyślał chwilę.
  - Zajmę się tym, ale ty nie możesz nic zrobić, musisz tu zostać. – Aaron chwycił chłopaka za twarz i siłą mu wlał ciecz znajdującą się w fiolce. – Wybacz, ale to jedyne wyjście.
                                         **************
Przez okno dostały się pierwsze poranne promienie słońca, padły na twarz leżącego w łóżku chłopca rozświetlając jego potargane włosy i lekko brudną twarz. Chłopiec otworzył lekko oczy, ale zaraz się odwrócił rażony słońcem po czym usiadł na łóżku. W jego oczach można było zauważyć zagubienie, nie był w domu, był w obcym sobie miejscu. Pokój w którym się znajdował był zaciemniony, ale dzięki delikatnym promykom słońca widział wszystko wyraźnie, spojrzał na siebie, miał za dużą szarą koszulę na sobie, zaczęła go niepokoić obecna sytuacja, nie pamiętał nic z dnia poprzedniego, właściwie nic nie pamiętał. Nie wiedział gdzie się znajduje, jak ma na imię, ani kim właściwie jest, jego umysł zapełniała czarna dziura. Wstał pośpiesznie i otworzył drzwi od pokoju w którym był, za drzwiami ujrzał palący się kominek, dużo książek, ogromny fotel na którym wisiały jakieś ubrania, wszedł powoli głębiej do pokoju, zauważył mapy oraz różne zapiski na ścianach, zauważył również kogoś, ten ktoś stał przy stole i nucił pod nosem nie zauważając jego obecności, chłopiec wziął szklaną butelkę stojącą koło niego i podniósł z zamiarem ogłuszenia owego mężczyzny.
  - Radzę ci tego nie robić, może nie zauważyłeś, ale w tej butelce COŚ jest. – mężczyzna podkreślił słowo „coś” i obrócił się. – Dokładniej rzecz ujmując, jest tam substancja zabijająca robale by mi nie zjadały roślin.
  - K-kim jesteś? – Wydukał chłopiec. – Kim ja jestem? Gdzie jesteśmy? Co mi zrobiłeś? Dlaczego nic nie pamiętam? – chłopiec zadawał coraz więcej pytań a jego głos z każdym kolejnym się załamywał.
  - Nie tyle na raz, usiądź. – Mężczyzna uspokoił chłopca i pokazał mu fotel na którym ma usiąść. - Chcesz coś do picia? – zapytał.
 - W-wody poproszę ,czuje się jakby miał pustynie w gardle. – odpowiedział. – Czy możesz mi wyjaśnić co się dzieje? – zapytał całkiem załamanym głosem.
 - Mogę i to zrobię, ale się uspokój. – chłopak skinął głową biorąc podaną mu szklankę wody.
 - Kim jesteś?
 - Okolicznym zielarzem, tworzę leki oraz inne substancje z roślin, również zwalczam pasożytnicze rośliny lub rozpoznaje nowo poznane i nadaje im nawy, działam na zlecenia. – mężczyzna się oparł o stół i chwilę zamyślił. – Nazywam się Aaron, właściwie od tego powinien zacząć.
 - Dlaczego nic nie pamiętam? Gdzie się znajdujemy? – zapytał bardziej dociekliwie.
 - Znajdujemy się na wschodzie Królestwa Północnego, dokładnie w prowincji Esten. – westchnął – Ty natomiast musiałeś się porządnie uderzyć w głowę podczas ucieczki, dlatego nic nie pamiętasz.
 - Ucieczki? – zapytał wystraszony.
 - Tak ucieczki, uciekałeś przed goblinami. Nie jestem pewien jak się nazywasz, gdy cię znalazłem leżałeś nieprzytomny pośrodku lasu. – Aaron patrzył chłopakowi w oczy, wiedział że nie wytrzyma on psychicznie prawdy. – Prawdopodobnie nazywasz się Harry, miałeś napisane na koszuli, była niestety cała we krwi i błota, więc spaliłem ją.
- Krwi?! Gobliny?! One istnieją?! – krzyknął przerażony.
- Tak, gobliny cię lekko okaleczyły na brzuchu, nie martw się, zatamowałem krwawienie. – Harry podniósł lekko koszulę i spojrzał na brzuch, rzeczywiście był obandażowany. – Dałem ci swoja starą koszulę, której i tak nie używam.
- Dziękuje za pomoc, czy mogę wrócić do…- Chłopak nie był wstanie dokończyć myśli, nie wiedział czy miał rodzinę, dom czy kogoś bliskiego, znał tylko Aarona.
- Nie wiem czy masz rodzinę, nie wiem skąd jesteś, jedyna wioska w pobliżu została zniszczona i spalona przez bandytów ponad miesiąc temu, a mieszkańcy wymordowani, więc na pewno nie stamtąd.– Aaron kłamał jak z nut, ale nie chciał doprowadzić tak młodego człowieka do rozpaczy. Chłopak spał miesiąc, tak działa napój który mu podał, gdy się tylko go wącha, zasypiasz, o wiele gorsze skutki są po wypiciu, traci się wszystkie wspomnienia, można zapaść w śpiączkę, mężczyzna dał mu czas, gdyby się nie obudził po dwóch miesiącach udusiłby go i pochował, gdyby tylko zaciągnął się odesłałby go by do innej wioski, by żył nowym życiem, ale teraz musiał dać mu wybór.
- Do kiedy mogę tu zostać? – zapytał zawiedziony Harry.
- Dam ci wybór, możesz odejść, ale musiałbyś to zrobić jutro rano, nie mam czasu się tobą opiekować, albo jeśli chcesz możesz zostać, ale wtedy będziesz się uczył na zielarza, będziesz moim czeladnikiem. –Harry zamilkł, nie wiedział czy chce do końca życia być uczniem a potem zielarzem, nie wiedział czy to chce robić, ale jednocześnie nie miał dokąd pójść.
- Ja… zostanę. – odezwał się stanowczym głosem patrząc Aaronowi głęboko w oczy.
- Spodziewałem się, właściwie nie masz wyboru. Nie wiesz co robić. – Aaron wstał i podszedł do kominka by zamieszać wywar w garnku. – Jesteś głodny?
- Trochę. – chłopak odpowiedział nieśmiało.
- Nie chrzań, spałeś ty czasu, na pewno jesteś bardzo głodny. – powiedział wzdychając. – Dzisiaj, jutro i jeśli będzie trzeba pojutrze, masz spokój. Potem weźmiesz się do roboty, nie próbuj mi wciskać kitu, że się źle czujesz, jestem też lekarzem, chociaż zajmuje się głownie epidemiami, to  umiem rozpoznać czy ciało doszło do siebie. – spojrzał na chłopaka i przeleciał po nim wzrokiem kilka razy.
- Co? – zapytał się speszony chłopak.
- Idź się umyj, poszukam dla ciebie w tym czasie jakiegoś ubrania, to jest za duże przynajmniej z dwa lub trzy rozmiary. Na koniec tygodnia pojedziemy do miasta, by cię jakoś zaopatrzyć. – Mężczyzna na chwilę zamilkł. – Gdyby tamta wioska nie spłonęła to byśmy tam poszli z buta, niestety czeka nas dłuższa podróż.
- Gdzie dokładnie pojedziemy? I czym? – zapytał Harry.
- Do Tex’u, do stolicy Esten.
                                         **************
- Daleko jeszcze? – zapytał się widocznie zmęczony Harry. – Boli mnie wszystko do tej jazdy na koniu.
- Nie, a chwilę będziemy przejeżdżać przez granicę miasta. – Aaron nawet na niego nie spojrzał, przez całą drogę patrzył się tylko przed siebie. Jechał już półtorej godziny nie wzruszony, jego czarny koń w pewnym sensie go przypominał, tak samo wyprostowany, spokojny i uważny, nie dawał znaku zmęczenia mimo ciężaru jakim był dorosły mężczyzna oraz dwie torby na jego bokach.
- Um, Aaron? – zapytał nieśmiało mężczyznę w masce. – Skąd będziemy wiedzieć, że przekroczyliśmy granicę? I po co ci ta maska?
- Każde duże miasto ma chronioną granicę, jesteś przeszukiwany, chyba że masz odpowiedni papier przy sobie, wydany przez sam rząd dwunastu. – przerwał i wziął łyka z butelki wody. – Oczywiście, taki papier możesz również dostać od tak zwanego Kasty, tylko wtedy jesteś przeszukiwany, większość osób ma od Kasty, przepustka jest tymczasowa, jej wygaśnięcie ma miejsce po 3 miesiącach od wydania. W kraju, jeśli dobrze wiem to od rządu pozwolenie ma 14 osób. Wyrobie takiego papieru kosztuje 20 Goli, więc druga większość po prostu jest przeszukiwana, gorzej się ich też traktuje, bo wiadomo, że ich nie stać. A maska… to znak zielarzy.
- A my mamy taką przepustkę? Znak zielarzy? – zapytał troszkę zaniepokojony.
- Ja mam, ty nie, ale dostaniesz tymczasowy gdy tylko wpiszę cię do spisu. Tak, znak. My, zielarze bardzo chronimy swoja prywatność, tylko przed wysoko postawionymi odkrywamy swe oblicze. – Odpowiedział.
- Na trzy miesiące? I co to ten spis?
- Trochę za dużo pytań, ale uznajmy, że to ostatnie. Nie, na miesiąc tylko. W kraju mamy wiele zawodów, tym samym jest wielu uczniów, kiedyś było inaczej, czeladnicy dostawali od razu na cały rok, jednak okazało się to błędem, wielu odchodziło, albo było wyrzucanych, jednak to ich nie powstrzymywało by używać przepustki i sprawiać problemy władzom i mieszkańcom. – głos Aarona trochę zmarniał.
- Problemów? – dopytywał młody.
- Dość tych pytań, kiedy indziej ci opowiem. – mężczyzna zatrzymał konia.
Harry również się zatrzymał, jednak nie wiedział czemu przestali jechać, widział już miasto z daleka, był bardzo podekscytowany tym faktem, chciał jak najprędzej zobaczyć co się tam znajduje. W pewnym momencie jego myśli zatrzymał szum, który stawał się coraz głośniejszy, rozejrzał się dookoła i zobaczył wielką machinę nadjeżdżającą, z przodu wydobywał się wielkie kłęby dymu, do jego uszu dobiegły piski, jechało w ich stronę, chłopak się przeraził gdy zobaczył dziwną drogę przed nimi, Aaron stał niej bardzo blisko razem z koniem, w głowie młodocianego pojawiły się wizje jak owa machina się na nich wywraca lub zahacza o jego mistrza i ciągnie za sobą.
- C-co to jest?! Powinniśmy się cofnąć! – chłopak krzyknął do mężczyzny jednak bez reakcji. – Aaronie, proszę!
Maszyna w tamtym momencie przejechała przed nimi z niesamowitą szybkością, jej części migały przed chłopakiem, czuł przerażenie, ale też podziw i ekscytację, patrzył na nią z otwartymi ustami, był zaczarowany jej rozmiarem oraz szybkością. Maszyna odjechała zostawiając obydwóch w milczeniu, wiatr się coraz bardziej uspokajał.
- To pociąg. – Zaczął mężczyzna – Nigdy nie widziałeś prawda?
- N-nie. Nigdy. – Harry się otrząsnął. – Jak? Pociąg? Co to?
- Coś jak samochód, ale jedzie z większą prędkością, może przewozić nawet do trzystu osób, jeździ po torach. – Kiwnął głową w stronę torów pod nimi.
- Samochód? – przekręcił głowę chłopak. Mężczyzna prychnął.
- No tak, wszystkiego dowiesz się na miejscu. – powiedział z lekkim rozbawieniem w głosie. - Jedziemy.

         Żeby dostać się do bramy miasta musieli przejechać przez slumsy i przedmieścia, wiele osób na nich spoglądało, niektórzy uciekali na ich widok, inni, ci biedniejsi podchodzili i pytali się o drobne na żywność. Harry był mocno zaskoczony tym, że Aaron podarowywał aż 20 Goli każdej osobie, nawet osobom które było widać, że nie użyją tych pieniędzy w celu kupienia żywności.
- Aaron, czy to rozsądne by dawać takie sumy każdemu ? Nawet pijakom? – zapytał się podjeżdżając do Aarona, równocześnie zrównując się z nim, jednak mężczyzna milczał nie spoglądając na drogę przed nimi.
         Chłopak był skołowany, były pytania na które dostawał obszerne odpowiedzi, jednak były też pytania które Aaron ignorował, na jego nieszczęście były to te ciekawsze. Jadąc ulicą już bogatego przedmieścia usłyszał kolejny szum, jednak tym razem nic nie widział, nie wiedział również gdzie powinien patrzeć, gdy już chciał zadać pytanie swojemu mistrzowi ten go wyprzedził z odpowiedzią.
- Góra. – powiedział. – Spójrz w górę.
- Co. To. Jest?! – chłopak krzyknął. – To lata! Jak? Dlaczego? Po co?!
- To sterowiec, są wykorzystywane do różnych rzeczy. Od turystycznych do gospodarczych, jak przewożenie towarów. – spojrzał na Harry’ego, chłopak miał rozdziawioną buzię, znowu. – I nie krzycz tak, bo ludzie jeszcze uznają nas za intruzów.
- Ach, przepraszam. – speszył się.
- W porządku, po prostu uważaj gdy jestem wśród ludzi. – obrócił się z powrotem w stronę drogi. – Jesteśmy, teraz musisz uważać, pilnuj rzecz, nie dopuszczaj ludzi do siebie i co najważniejsze, nie rozmawiaj z nimi. Zakryj twarz kapturem i tą chustą, trzymaj.– młodociany wziął chustę i obwiązał sobie nią twarz, ubrał również kaptur starego płaszcza Aarona.
         Ludzie tłoczyli się przed bramą, jedni krzyczeli, drudzy się starali przepychać w stronę wejścia, inni spokojnie stali i czekali, tłumna kolejka ciągnęła się przed wejściem gdzie żołnierze niezbyt pośpiesznie przeszukiwali przybyłych. Harry chciał skierować swojego konia na koniec kolejki, jednak Aaron chwycił go za ramię i kiwnął głową w stronę kanciapy strażników. Gdy podjechali do niej, wyszedł pośpiesznie jeden ze strażników.
- Brak przejścia! Do kolejki! Kim wy myślicie że jesteście?! – zaczął krzyczeć i próbować ich wypędzić. Jednak całe zamieszanie zobaczył starszy strażnik i pośpiesznie podbiegł do mężczyzn odpychając drugiego strażnika.
- Och! To przecież Szanowny pan! Czy mój podwładny sprawił panu problemy? Bardzo przepraszam! – Aron skierował się do starszego strażnika, kierując ostry dziób maski prosto w jego twarz i odezwał się chłodno.
- Byłoby miło, gdybyście uczyli nowych szacunku do wyższych rangą. – jego głos był niepokojąco spokojny. – Możecie im dać listę albo w jakiś inny sposób przedstawić im ważne osoby. Albo, po prostu wyrzucać niekompetentnych.
- Tak, bardzo przepraszam, poprawimy się! Obiecuję, proszę spokojnie jechać dalej, już robimy wam przejazd! – starzec tłumaczył się, słychać było przerażenie w jego głosie. – Ej! Wy tam! Zamknąć przejście, klasa A!
Strażnicy skończyli szybko przeszukiwać ostatniego mężczyznę i wepchnęli go za bramy, zamykają bramki od strony przedmieść, udostępniając przejazd mężczyznom. Wiele osób zaczęło krzyczeć i się burzyć, niektórzy zaczęli rzucać kamieniami strażników. Pewny mężczyzna rzucił dużym kamieniem w stronę Aarona, gdy ten miał uderzyć mężczyzna złapał kamień i spojrzał w tłum, rozjuszony gąszcz ludzi ucichł w chwilę, Aaron podniósł kamień i zmiażdżył go w kilka chwil, milczenie zapadło na dłuższą chwilę, dopiero w momencie gdy mężczyźni wjechali za bramy rozległy się szepty, starzec ze straży pociągnął młodego strażnika do siebie i uderzył go w głowę.
- Co ty sobie do jasnej cholery wyobrażasz?! – krzyczał – Nie uczyli cię durniu w akademii kim są ludzie rangi B, A i S?! Jak śmiałeś się tak zochować?!
- A-ale… - młody strażnik próbował się bronić.
- Zamknij się! Miałeś szczęście, że skończyło się na tym! Poprzednim razem, taki sam głupek jak ty stracił rękę i został wyrzucony do slumsów! – Uderzył go jeszcze raz. – Naucz się, że gdy widzisz tego typa to masz wszystkich zawiadomić i natychmiast udrożnić przejazd, może i jest z klasy A, ale jest bardzo niebezpieczny!
- R-rozkaz! Bardzo przepraszam za moje zachowanie!
- Za kare będziesz na drugiej zmianie, gdy będą wyjeżdżać masz przed nimi klęknąć i błagać o wybaczenie tępoto!
- Rozkaz! – zasalutował z łzami w oczach.
                                         **************
Między mistrzem a uczniem panowała milczenie, Harry jednocześnie czuł przerażenie, podziw jak i zaskoczenie. Być może żył z Aaronem tylko kilka dni, jednak jeszcze nigdy nie widział takiej siły i miażdżyc kamienie, chyba nie widział. Nie pamiętał takiego zdarzenia, tak samo jak nie pamiętał swojego poprzedniego życia, miał wrażenie jakby urodził się dopiero tydzień temu, zabolało go serce i łzy zaczęły cisnąć mu się na oczy, jednak jego przemyślenia przerwał nadal chłodny głos Aarona.
- Jesteśmy, witaj w stolicy Esten. – chłopaka oślepiło światło, niczego nie widział przez chwilę, jednak gdy już odzyskał wzrok mógł śmiało stwierdzić że poprzednie szoki jakie przeżył przy pociągu i parowcu, nie równały się temu na co aktualnie patrzył.






Koniec rozdziału pierwszego.