- Twoja reszta, proszę bardzo. – odezwał się starzec
podając srebrne monety mężczyźnie naprzeciwko. – Ostatnio nie widuje Cię tu
często, może raz na miesiąc. Cały czas siedzisz sam, tak nie powinno być
Aaronie – ciągnął spokojnie układając
warzywa na swoim stoisku.
-
Po prostu mieszkam sam. – odezwał się mężczyzna. Jego głos był niski i nieco
zachrypiały, twarz zasłaniał kaptur oraz maska lekarza epidemii, był dość
wysoki, ale nico się garbił. U pasa po lewej miał przymocowane fiolki z
niezidentyfikowanymi substancjami, natomiast po prawej saszetkę w której
najprawdopodobniej były Golie którymi zapłacił za jedzenie, zaś zaraz obok
znajdowała się pochwa ze sztyletem.
-
Słyszę to za każdym razem kiedy tu jesteś. – staruszek westchnął - Wszystkiego
starcza na długo bo jesteś samotnikiem. Jednak polecałbym znaleźć przynajmniej
jakąś dziewkę, życie samemu może cię kiedyś przytłoczyć. – uśmiechnął się w
stronę mężczyzny, jednak ten tylko chłodnym tonem odpowiedział.
-
Niczym matka, jesteś. Doprawdy. – starzec się zaśmiał i odgonił go ręką.
-
I będę taki póki żyje, nie mogę na ciebie patrzeć, marnujesz się! – pokiwał
staruszek groźnie palcem. – Dobra idź już, straszysz mi klientów, nie chce byś
został jedynym co kupuje u mnie towar, odpychająca wizja! – Zaśmiał się głośno.
Mężczyzna się obrócił, pomachał ręką i odszedł.
Szedł ścieżką stabilnym krokiem, w koło tętniło życie,
szarzy ludzie żyli swoim tempem nie martwiąc się o nic. W stronę straganu
warzywnego tamtego starca szła kobieta z trojgiem dziećmi, a w niewielkiej
odległości za nią młody mężczyzna prowadził bawoła z wiadrami wody na
grzbiecie. Okapturzonego mężczyznę mijali różni ludzie, niektórzy zerkali na
niego i szeptali, innych zaś nie obchodził i zajmowali się swoimi sprawami.
Wieś ta była zupełnym przeciwieństwem stolicy
Królestwa Północnego, tutaj nikt się nie śpieszył, mimo widocznej biedy i
gorszych warunków życia, wieśniacy brali z życia garściami, szczególnie dzieci.
Pod niektórymi domami dało się zauważyć zagłębionych w lekturze dziewczynki lub
chłopców, gdzie indziej trochę starsi urządzali pojedynki na miecze, widać było
że pragnęli zostać żołnierzami, na nich zaś wzdychały dziewczęta siedzące na
trawie, otoczone przyborami do szycia.
Temu wszystkiemu sprzyjał lekki wiosenny wiatr i delikatne promienie słońca.
Mężczyzna obserwował bacznie otoczenie,
jednak nie wykonywał żadnych gwałtownych ruchów by nie straszyć bardziej ludzi
wokół. Gdy wychodził już z terenu wioski był zachód słońca, idąc w stronę lasu
oddalonego o jakiś kilometr zauważył grupkę dzieciaków nieopodal, chłopcy byli
zebrani w krąg i coś wykrzykiwali, zaś obok dwie dziewczynki płakały z
przerażenia, przyjrzał się dokładnie w czym rzecz i zauważył, że na ziemi w
środku kręgu leżał skulony chłopczyk zakrywając jak tylko może delikatne części
ciała kiedy jego prześladowcy okładali go kijami lub kopali. Mężczyzna nie
pomyślał nawet o zatrzymaniu się, nie miał zamiaru mieszać się w szczeniackie
spory. W pewnym momencie bity chłopiec próbował wstać, jednak jego oprawcy go
zepchnęli z powrotem do parteru, podczas upadku, zauważył Aarona, na oczy
zaczęły cisnąć mu się łzy, nikt mu nie chciał pomóc, nikogo nie interesował.
-
Ej, zaczął ryczeć. – zwrócił uwagę eden z opryszków. – Przesadziliśmy?
-
Co ty gadasz?! To po prostu zwykły słabeusz, to oczywiste, że zaczął ryczeć! –
krzyknął drugi chłopiec. – Żałosne, spadamy stąd, nie będziemy tracić czasu na
jakiegoś mięczaka bez jaj, prawdziwy facet by się postawił. – Większość osób
zawtórowało, najwyższy, widać było że
przywódca, zadał brutalny kopniak w głowę swojej ofiary, potem odszedł razem ze
swoimi kolegami.
W gęstym lesie panował spokój i cisza,
było ciemno. Zakapturzony mężczyzna wszystko widział wyraźnie, jego oczy były
przyzwyczajone do całkowitej ciemności nocy. Do miasta wychodził tylko gdy
miała być pełnia ponieważ lepiej mu się tak wracało, choć zdarzało mu się, że
źle obliczył czas i wracał w ciemnościach, tak było też dzisiaj. Doszedł do
rozwidlenia drogi, ścieżka szła dalej w prawą i lewą stronę, a pomiędzy nimi
stał znak gdzie było zapisane „Zielarz”, znak wskazywał prawą stronę, jednak
Aaron poszedł w lewą, jednak zatrzymał się i zawrócił, zauważył ślady stóp,
było ich kilka, niestety nie znalazł więcej, więc zignorował je i poszedł
dalej, znak wskazujący prawą stronę miał zmylić nieproszonych gości.
Kto wiedział gdzie ma iść ten wiedział a ten który nie
wiedział był łapany w pułapkę, którą Aaron wykopał po prawej stronie ścieżki,
miał swoje powody by tak postępować, nie lubił obcych a osoby które chciały
skorzystać z jego usług zazwyczaj wysyłały zaufanych mu ludzi którym służył
pomocą od wielu lat.
Po jakimś czasie ścieżka ponownie się
rozwidlała, tylko że szerzej. Pomiędzy dwoma drużkami znajdowało się ogromne
drzewo porośnięte chwastami i pnączami zdziczałego lasu, mężczyzna podszedł do
drzewa i odsłonił zwisające rośliny po czym otworzył tajemnicze drzwi
znajdujące się za nimi i wszedł do środka. Była to niewielka, ale schludnie
urządzona chatka, światło dawały świece poustawiane w różnych kątach, na
ścianach wisiały różne mapy, zapiski oraz opisy różnych roślin, można było też
dostrzec za nimi dwa małe okienka które za dnia dawały lekkie prześwity
światła, w rogu pokoju znajdował się duży fotel, zarówno pod fotelem leżały
książki jak i na wielkim regale za fotelem. Aaron zdjął buty, płaszcz oraz
maskę zaraz po wejściu i podszedł do dużego stołu na którym znajdowały się
podobne fiolki do tych które nosił ze sobą, kilka książek i listów oraz
popielniczka, położył worek z warzywami które kupił w wiosce, przeciągnął się i
zapalił w kominku by woda znajdująca się w garze nabrała odpowiedniej
temperatury do gotowania obiadu, z płomienia w kominku zapożyczył ognia by
zapalić swojego papierosa. Wiedząc, że nie ma raczej nic do zrobienia zanim
woda się ugotuje chwycił leżące na stole listy, rozsiadł się wygodnie na fotelu
i zaczął je po kolei otwierać.
Widać było lekkie zmęczenie na jego twarzy, pod jego
ciemnymi zielonymi oczami były cienie a na twarzy widoczne zmarszczki mimo
brody, ciemne brązowe włosy przyozdabiała lekka siwizna, założył okulary leżące
na stosie książek obok fotela i spojrzał na koperty, listy prawdopodobnie
leżały już dwa tygodnie, bo takie daty były na nich zapisane, sprzed dwóch
tygodni. Były to zlecenia na lekarstwa,
prośby o zidentyfikowanie roślin oraz pozdrowienia od byłych towarzyszy z czarno-białymi zdjęciami z dalekich krajów, tylko ludzie z dużych miast mogli
sobie pozwolić na takie luksusy, luksusem było zarówno zdjęcie jak i podróż, na
wsi rzadko kto widział pociąg lub tramwaj, do uwiecznienia chwili wynajmowało
się rysowników, ze względu na czasy ich ceny bardzo poleciały w dół, więc nawet
biedna rodzina mogła sobie pozwolić na ich wynajem. Gdy otworzył ostatnią
kopertę jego oczom ukazał się list gończy, list gończy niejakiego Szalonego
Szlachcica, zbiega księcia Iana który wymordował swoją rodzinę 17 lat temu.
Oczy Aarona pochmurniały, podarł list gończy i wyrzucił do śmietnika, chcąc
zająć czymś myśli posprzątał stół, rozłożył warzywa i zaczął je przygotowywać
do wrzucenia na ogień.
Posypując warzywa ziołami poczuł ogień, nie ten z
kominka, większy, poczuł również dym – Obrócił się napięcie by sprawdzić czy
coś się nie zapaliło od ognia jednak to nie było to, wyszedł na dwór i
zobaczył, że po stronie wioski niebo jest czerwone a zamiast chmur niebo
spowija gęsty czarny dym, zdezorientowany sytuacją pobiegł w stronę wioski.
Wioska stała w płomieniach, a
mieszkańcy uciekali z krzykiem i łzami w oczach, Aaron ukrywając się za murkiem
otaczającym wioskę obserwował całe wydarzenie, nagle zauważył wcześniej
pobitego chłopca który biegł wycieńczony, złapał go szybko na ubranie i
wciągnął do swojej kryjówki, po twarzy chłopca spływały łzy.
-
Co się stało?– spytał z szeroko otwartymi oczami trzymając chłopaka za ramiona
i próbując wydobyć jakie informacje.
-
B-bandyci, bandyci nas zaatakowali! – młody jeszcze bardziej się rozpłakał, nie
umiał się uspokoić, bał się. Aaron przeklął cicho do siebie.
-
Kiedy? Z której strony? – Krzyknął do chłopca.
-
Ze wschodu chyba, nie wiem naprawdę nie wiem! To wszystko stało się tak nagle!
Zaatakowali za szybko, jest ich z kilkunastu… – Mężczyzna sobie uświadomił, że
wcześniej spotkane ślady w lesie należały dogrupy bandyckiej, zganił siebie za
nie domyślenie się. Chłopiec coraz bardziej płakał i krzyczał, Aaron był
zmuszony go odurzyć, przez jego płacz mogliby obaj zostać złapani, a właściwie
zabici, grupy bandyckie bardziej interesują się kobietami, mężczyzn torturują
albo zabijają od razu, jak najboleśniejszą śmiercią, pojedynczo są słabi, ale w
grupach lepiej się strzec, tak obrzydliwych i przebiegłych stworzeń ze świecą
szukać. Wyciągnął szybkim ruchem fiolkę i przystawił młodemu do nosa
jednocześnie zatykając usta.
-
Wąchaj. – powiedział stanowczo lecz uciszonym głosem, jednak chłopiec zaczął
się wyrywać. – Jeśli chcesz żyć wąchaj! – chłopiec się wyrwał.
-
Nie! Tam jest moja Siostra i brat, musimy ich uratować! – powiedział
zrozpaczonym głosem.
-
Jeśli tam wyjdziemy oboje zginiemy! – Podniósł głos, jednak nikt nie mógł go
usłyszeć przez krzyki. Chłopiec patrzył na mężczyznę zapłakanymi oczami.
Mężczyzna się ugiął. – Jak wyglądają?
-
Siostra ma długie brązowe włosy, tylko że są spięte, nosi też zieloną sukienkę,
a Brat jest młodszy, wygląda jak ja ale mniejszy, ma jeszcze bliznę na twarzy!
Na policzku! – Mężczyzna pomyślał chwilę.
-
Zajmę się tym, ale ty nie możesz nic zrobić, musisz tu zostać. – Aaron chwycił
chłopaka za twarz i siłą mu wlał ciecz znajdującą się w fiolce. – Wybacz, ale
to jedyne wyjście.
**************
Przez okno dostały się pierwsze poranne promienie
słońca, padły na twarz leżącego w łóżku chłopca rozświetlając jego potargane
włosy i lekko brudną twarz. Chłopiec otworzył lekko oczy, ale zaraz się odwrócił
rażony słońcem po czym usiadł na łóżku. W jego oczach można było zauważyć
zagubienie, nie był w domu, był w obcym sobie miejscu. Pokój w którym się
znajdował był zaciemniony, ale dzięki delikatnym promykom słońca widział
wszystko wyraźnie, spojrzał na siebie, miał za dużą szarą koszulę na sobie,
zaczęła go niepokoić obecna sytuacja, nie pamiętał nic z dnia poprzedniego,
właściwie nic nie pamiętał. Nie wiedział gdzie się znajduje, jak ma na imię,
ani kim właściwie jest, jego umysł zapełniała czarna dziura. Wstał pośpiesznie
i otworzył drzwi od pokoju w którym był, za drzwiami ujrzał palący się kominek,
dużo książek, ogromny fotel na którym wisiały jakieś ubrania, wszedł powoli
głębiej do pokoju, zauważył mapy oraz różne zapiski na ścianach, zauważył również
kogoś, ten ktoś stał przy stole i nucił pod nosem nie zauważając jego
obecności, chłopiec wziął szklaną butelkę stojącą koło niego i podniósł z
zamiarem ogłuszenia owego mężczyzny.
-
Radzę ci tego nie robić, może nie zauważyłeś, ale w tej butelce COŚ jest. –
mężczyzna podkreślił słowo „coś” i obrócił się. – Dokładniej rzecz ujmując,
jest tam substancja zabijająca robale by mi nie zjadały roślin.
-
K-kim jesteś? – Wydukał chłopiec. – Kim ja jestem? Gdzie jesteśmy? Co mi
zrobiłeś? Dlaczego nic nie pamiętam? – chłopiec zadawał coraz więcej pytań a
jego głos z każdym kolejnym się załamywał.
-
Nie tyle na raz, usiądź. – Mężczyzna uspokoił chłopca i pokazał mu fotel na
którym ma usiąść. - Chcesz coś do picia? – zapytał.
-
W-wody poproszę ,czuje się jakby miał pustynie w gardle. – odpowiedział. – Czy
możesz mi wyjaśnić co się dzieje? – zapytał całkiem załamanym głosem.
-
Mogę i to zrobię, ale się uspokój. – chłopak skinął głową biorąc podaną mu
szklankę wody.
-
Kim jesteś?
-
Okolicznym zielarzem, tworzę leki oraz inne substancje z roślin, również
zwalczam pasożytnicze rośliny lub rozpoznaje nowo poznane i nadaje im nawy,
działam na zlecenia. – mężczyzna się oparł o stół i chwilę zamyślił. – Nazywam
się Aaron, właściwie od tego powinien zacząć.
-
Dlaczego nic nie pamiętam? Gdzie się znajdujemy? – zapytał bardziej
dociekliwie.
-
Znajdujemy się na wschodzie Królestwa Północnego, dokładnie w prowincji Esten.
– westchnął – Ty natomiast musiałeś się porządnie uderzyć w głowę podczas
ucieczki, dlatego nic nie pamiętasz.
-
Ucieczki? – zapytał wystraszony.
-
Tak ucieczki, uciekałeś przed goblinami. Nie jestem pewien jak się nazywasz,
gdy cię znalazłem leżałeś nieprzytomny pośrodku lasu. – Aaron patrzył
chłopakowi w oczy, wiedział że nie wytrzyma on psychicznie prawdy. – Prawdopodobnie
nazywasz się Harry, miałeś napisane na koszuli, była niestety cała we krwi i
błota, więc spaliłem ją.
-
Krwi?! Gobliny?! One istnieją?! – krzyknął przerażony.
-
Tak, gobliny cię lekko okaleczyły na brzuchu, nie martw się, zatamowałem
krwawienie. – Harry podniósł lekko koszulę i spojrzał na brzuch, rzeczywiście
był obandażowany. – Dałem ci swoja starą koszulę, której i tak nie używam.
-
Dziękuje za pomoc, czy mogę wrócić do…- Chłopak nie był wstanie dokończyć
myśli, nie wiedział czy miał rodzinę, dom czy kogoś bliskiego, znał tylko
Aarona.
-
Nie wiem czy masz rodzinę, nie wiem skąd jesteś, jedyna wioska w pobliżu
została zniszczona i spalona przez bandytów ponad miesiąc temu, a mieszkańcy
wymordowani, więc na pewno nie stamtąd.– Aaron kłamał jak z nut, ale nie chciał
doprowadzić tak młodego człowieka do rozpaczy. Chłopak spał miesiąc, tak działa
napój który mu podał, gdy się tylko go wącha, zasypiasz, o wiele gorsze skutki
są po wypiciu, traci się wszystkie wspomnienia, można zapaść w śpiączkę, mężczyzna
dał mu czas, gdyby się nie obudził po dwóch miesiącach udusiłby go i pochował,
gdyby tylko zaciągnął się odesłałby go by do innej wioski, by żył nowym życiem,
ale teraz musiał dać mu wybór.
-
Do kiedy mogę tu zostać? – zapytał zawiedziony Harry.
-
Dam ci wybór, możesz odejść, ale musiałbyś to zrobić jutro rano, nie mam czasu
się tobą opiekować, albo jeśli chcesz możesz zostać, ale wtedy będziesz się
uczył na zielarza, będziesz moim czeladnikiem. –Harry zamilkł, nie wiedział czy
chce do końca życia być uczniem a potem zielarzem, nie wiedział czy to chce
robić, ale jednocześnie nie miał dokąd pójść.
-
Ja… zostanę. – odezwał się stanowczym głosem patrząc Aaronowi głęboko w oczy.
-
Spodziewałem się, właściwie nie masz wyboru. Nie wiesz co robić. – Aaron wstał
i podszedł do kominka by zamieszać wywar w garnku. – Jesteś głodny?
-
Trochę. – chłopak odpowiedział nieśmiało.
-
Nie chrzań, spałeś ty czasu, na pewno jesteś bardzo głodny. – powiedział
wzdychając. – Dzisiaj, jutro i jeśli będzie trzeba pojutrze, masz spokój. Potem
weźmiesz się do roboty, nie próbuj mi wciskać kitu, że się źle czujesz, jestem
też lekarzem, chociaż zajmuje się głownie epidemiami, to umiem rozpoznać czy ciało doszło do siebie. –
spojrzał na chłopaka i przeleciał po nim wzrokiem kilka razy.
-
Co? – zapytał się speszony chłopak.
-
Idź się umyj, poszukam dla ciebie w tym czasie jakiegoś ubrania, to jest za
duże przynajmniej z dwa lub trzy rozmiary. Na koniec tygodnia pojedziemy do
miasta, by cię jakoś zaopatrzyć. – Mężczyzna na chwilę zamilkł. – Gdyby tamta
wioska nie spłonęła to byśmy tam poszli z buta, niestety czeka nas dłuższa
podróż.
-
Gdzie dokładnie pojedziemy? I czym? – zapytał Harry.
-
Do Tex’u, do stolicy Esten.
**************
-
Daleko jeszcze? – zapytał się widocznie zmęczony Harry. – Boli mnie wszystko do
tej jazdy na koniu.
-
Nie, a chwilę będziemy przejeżdżać przez granicę miasta. – Aaron nawet na niego
nie spojrzał, przez całą drogę patrzył się tylko przed siebie. Jechał już
półtorej godziny nie wzruszony, jego czarny koń w pewnym sensie go przypominał,
tak samo wyprostowany, spokojny i uważny, nie dawał znaku zmęczenia mimo
ciężaru jakim był dorosły mężczyzna oraz dwie torby na jego bokach.
-
Um, Aaron? – zapytał nieśmiało mężczyznę w masce. – Skąd będziemy wiedzieć, że
przekroczyliśmy granicę? I po co ci ta maska?
-
Każde duże miasto ma chronioną granicę, jesteś przeszukiwany, chyba że masz
odpowiedni papier przy sobie, wydany przez sam rząd dwunastu. – przerwał i
wziął łyka z butelki wody. – Oczywiście, taki papier możesz również dostać od
tak zwanego Kasty, tylko wtedy jesteś przeszukiwany, większość osób ma od
Kasty, przepustka jest tymczasowa, jej wygaśnięcie ma miejsce po 3 miesiącach
od wydania. W kraju, jeśli dobrze wiem to od rządu pozwolenie ma 14 osób.
Wyrobie takiego papieru kosztuje 20 Goli, więc druga większość po prostu jest
przeszukiwana, gorzej się ich też traktuje, bo wiadomo, że ich nie stać. A maska…
to znak zielarzy.
-
A my mamy taką przepustkę? Znak zielarzy? – zapytał troszkę zaniepokojony.
-
Ja mam, ty nie, ale dostaniesz tymczasowy gdy tylko wpiszę cię do spisu. Tak,
znak. My, zielarze bardzo chronimy swoja prywatność, tylko przed wysoko postawionymi
odkrywamy swe oblicze. – Odpowiedział.
-
Na trzy miesiące? I co to ten spis?
-
Trochę za dużo pytań, ale uznajmy, że to ostatnie. Nie, na miesiąc tylko. W
kraju mamy wiele zawodów, tym samym jest wielu uczniów, kiedyś było inaczej,
czeladnicy dostawali od razu na cały rok, jednak okazało się to błędem, wielu
odchodziło, albo było wyrzucanych, jednak to ich nie powstrzymywało by używać
przepustki i sprawiać problemy władzom i mieszkańcom. – głos Aarona trochę
zmarniał.
-
Problemów? – dopytywał młody.
-
Dość tych pytań, kiedy indziej ci opowiem. – mężczyzna zatrzymał konia.
Harry również się zatrzymał, jednak nie wiedział czemu
przestali jechać, widział już miasto z daleka, był bardzo podekscytowany tym
faktem, chciał jak najprędzej zobaczyć co się tam znajduje. W pewnym momencie
jego myśli zatrzymał szum, który stawał się coraz głośniejszy, rozejrzał się
dookoła i zobaczył wielką machinę nadjeżdżającą, z przodu wydobywał się wielkie
kłęby dymu, do jego uszu dobiegły piski, jechało w ich stronę, chłopak się
przeraził gdy zobaczył dziwną drogę przed nimi, Aaron stał niej bardzo blisko
razem z koniem, w głowie młodocianego pojawiły się wizje jak owa machina się na
nich wywraca lub zahacza o jego mistrza i ciągnie za sobą.
-
C-co to jest?! Powinniśmy się cofnąć! – chłopak krzyknął do mężczyzny jednak
bez reakcji. – Aaronie, proszę!
Maszyna w tamtym momencie przejechała przed nimi z
niesamowitą szybkością, jej części migały przed chłopakiem, czuł przerażenie,
ale też podziw i ekscytację, patrzył na nią z otwartymi ustami, był zaczarowany
jej rozmiarem oraz szybkością. Maszyna odjechała zostawiając obydwóch w
milczeniu, wiatr się coraz bardziej uspokajał.
-
To pociąg. – Zaczął mężczyzna – Nigdy nie widziałeś prawda?
-
N-nie. Nigdy. – Harry się otrząsnął. – Jak? Pociąg? Co to?
-
Coś jak samochód, ale jedzie z większą prędkością, może przewozić nawet do
trzystu osób, jeździ po torach. – Kiwnął głową w stronę torów pod nimi.
-
Samochód? – przekręcił głowę chłopak. Mężczyzna prychnął.
-
No tak, wszystkiego dowiesz się na miejscu. – powiedział z lekkim rozbawieniem
w głosie. - Jedziemy.
Żeby dostać się do bramy miasta musieli
przejechać przez slumsy i przedmieścia, wiele osób na nich spoglądało,
niektórzy uciekali na ich widok, inni, ci biedniejsi podchodzili i pytali się o
drobne na żywność. Harry był mocno zaskoczony tym, że Aaron podarowywał aż 20
Goli każdej osobie, nawet osobom które było widać, że nie użyją tych pieniędzy
w celu kupienia żywności.
-
Aaron, czy to rozsądne by dawać takie sumy każdemu ? Nawet pijakom? – zapytał
się podjeżdżając do Aarona, równocześnie zrównując się z nim, jednak mężczyzna
milczał nie spoglądając na drogę przed nimi.
Chłopak był skołowany, były pytania na
które dostawał obszerne odpowiedzi, jednak były też pytania które Aaron
ignorował, na jego nieszczęście były to te ciekawsze. Jadąc ulicą już bogatego
przedmieścia usłyszał kolejny szum, jednak tym razem nic nie widział, nie
wiedział również gdzie powinien patrzeć, gdy już chciał zadać pytanie swojemu
mistrzowi ten go wyprzedził z odpowiedzią.
-
Góra. – powiedział. – Spójrz w górę.
-
Co. To. Jest?! – chłopak krzyknął. – To lata! Jak? Dlaczego? Po co?!
-
To sterowiec, są wykorzystywane do różnych rzeczy. Od turystycznych do
gospodarczych, jak przewożenie towarów. – spojrzał na Harry’ego, chłopak miał
rozdziawioną buzię, znowu. – I nie krzycz tak, bo ludzie jeszcze uznają nas za
intruzów.
-
Ach, przepraszam. – speszył się.
-
W porządku, po prostu uważaj gdy jestem wśród ludzi. – obrócił się z powrotem w
stronę drogi. – Jesteśmy, teraz musisz uważać, pilnuj rzecz, nie dopuszczaj
ludzi do siebie i co najważniejsze, nie rozmawiaj z nimi. Zakryj twarz kapturem
i tą chustą, trzymaj.– młodociany wziął chustę i obwiązał sobie nią twarz,
ubrał również kaptur starego płaszcza Aarona.
Ludzie tłoczyli się przed bramą, jedni
krzyczeli, drudzy się starali przepychać w stronę wejścia, inni spokojnie stali
i czekali, tłumna kolejka ciągnęła się przed wejściem gdzie żołnierze niezbyt
pośpiesznie przeszukiwali przybyłych. Harry chciał skierować swojego konia na
koniec kolejki, jednak Aaron chwycił go za ramię i kiwnął głową w stronę kanciapy
strażników. Gdy podjechali do niej, wyszedł pośpiesznie jeden ze strażników.
-
Brak przejścia! Do kolejki! Kim wy myślicie że jesteście?! – zaczął krzyczeć i
próbować ich wypędzić. Jednak całe zamieszanie zobaczył starszy strażnik i
pośpiesznie podbiegł do mężczyzn odpychając drugiego strażnika.
-
Och! To przecież Szanowny pan! Czy mój podwładny sprawił panu problemy? Bardzo
przepraszam! – Aron skierował się do starszego strażnika, kierując ostry dziób
maski prosto w jego twarz i odezwał się chłodno.
-
Byłoby miło, gdybyście uczyli nowych szacunku do wyższych rangą. – jego głos
był niepokojąco spokojny. – Możecie im dać listę albo w jakiś inny sposób
przedstawić im ważne osoby. Albo, po prostu wyrzucać niekompetentnych.
-
Tak, bardzo przepraszam, poprawimy się! Obiecuję, proszę spokojnie jechać
dalej, już robimy wam przejazd! – starzec tłumaczył się, słychać było
przerażenie w jego głosie. – Ej! Wy tam! Zamknąć przejście, klasa A!
Strażnicy skończyli szybko przeszukiwać ostatniego
mężczyznę i wepchnęli go za bramy, zamykają bramki od strony przedmieść,
udostępniając przejazd mężczyznom. Wiele osób zaczęło krzyczeć i się burzyć,
niektórzy zaczęli rzucać kamieniami strażników. Pewny mężczyzna rzucił dużym
kamieniem w stronę Aarona, gdy ten miał uderzyć mężczyzna złapał kamień i
spojrzał w tłum, rozjuszony gąszcz ludzi ucichł w chwilę, Aaron podniósł kamień
i zmiażdżył go w kilka chwil, milczenie zapadło na dłuższą chwilę, dopiero w
momencie gdy mężczyźni wjechali za bramy rozległy się szepty, starzec ze straży
pociągnął młodego strażnika do siebie i uderzył go w głowę.
- Co ty sobie do jasnej cholery wyobrażasz?! –
krzyczał – Nie uczyli cię durniu w akademii kim są ludzie rangi B, A i S?! Jak
śmiałeś się tak zochować?!
- A-ale… - młody strażnik próbował się bronić.
- Zamknij się! Miałeś szczęście, że skończyło się na
tym! Poprzednim razem, taki sam głupek jak ty stracił rękę i został wyrzucony
do slumsów! – Uderzył go jeszcze raz. – Naucz się, że gdy widzisz tego typa to
masz wszystkich zawiadomić i natychmiast udrożnić przejazd, może i jest z klasy
A, ale jest bardzo niebezpieczny!
- R-rozkaz! Bardzo przepraszam za moje zachowanie!
- Za kare będziesz na drugiej zmianie, gdy będą
wyjeżdżać masz przed nimi klęknąć i błagać o wybaczenie tępoto!
- Rozkaz! – zasalutował z łzami w oczach.
**************
Między mistrzem a uczniem panowała milczenie, Harry
jednocześnie czuł przerażenie, podziw jak i zaskoczenie. Być może żył z Aaronem
tylko kilka dni, jednak jeszcze nigdy nie widział takiej siły i miażdżyc
kamienie, chyba nie widział. Nie pamiętał takiego zdarzenia, tak samo jak nie
pamiętał swojego poprzedniego życia, miał wrażenie jakby urodził się dopiero
tydzień temu, zabolało go serce i łzy zaczęły cisnąć mu się na oczy, jednak
jego przemyślenia przerwał nadal chłodny głos Aarona.
-
Jesteśmy, witaj w stolicy Esten. – chłopaka oślepiło światło, niczego nie
widział przez chwilę, jednak gdy już odzyskał wzrok mógł śmiało stwierdzić że
poprzednie szoki jakie przeżył przy pociągu i parowcu, nie równały się temu na
co aktualnie patrzył.
Koniec
rozdziału pierwszego.